Ten tydzień ewidentnie sponsoruje
marchew... W prawdzie pokłady karotenu w najbliższym czasie raczej
do pięknej opalenizny się nie przydadzą, ale smak tej
pomarańczowej papki z pewnością poprawi humor kiedy niekorzystny
biomter daje się we znaki. Połączenie składników początkowo nie
zapowiadało euforii dla kubków smakowych, ale to tylko pozory. Ta w
sumie „marchewka na mleku”, a tak naprawdę deser pochodzący z
indyjskiego Pendżabu okazał się słodką rewelacją i jedną z
najlepszych rzeczy jakimi poczęstowałam mój żołądek.
Składniki na 1 porcję:
- 1 szklanka startej na małych oczkach marchwi
- 1 szklanka mleka (krowiego, roślinnego czy jakie tam chcecie)
- 2 łyżki miodu/brązowego cukru/stewii... no czegoś do posłodzenia
- 1 łyżeczka klarowanego masła (można użyć zwykłego ale polecam klarowane)
- 0,5 kardamonu (można też dodać cynamon, czy przyprawę do piernika, ale w oryginalnej wersji jest kardamon)
- Dodatki: ulubione prażone na suchej patelni orzechy, suszone owoce, wiórki kokosowe – ja zrobiłam „czystą wersję”
No to do roboty ;)
- Na rozgrzanej patelni rozpuściłam masło i wrzuciłam stratą marchew.
- Smażyłam ją kilka minut, aż zrobiła się miękka, trochę odparowała z niej woda, a jej objętość trochę zmniejszyła się.
- Dodałam przyprawy, słodzidło i wszystko zalałam mlekiem.
- Dusiłam paćkę tak długo aż nie napiła się mleka – około 10 min na małym ogniu.
Można jeść na ciepło i na zimno i
dodać co dusza zapragnie.
Smacznego :)













